niedziela, 28 listopada 2010

Szczęśliwego Nowego Roku!

No bo tak: z jednej strony, orbita Ziemi jest elipsą, jest ciągła i nie ma na niej zaznaczonego puntku „zero”. I czas też jest ciągły (a w każdym razie, tak się wydaje). Z drugiej strony potrzebujemy jakoś mierzyć i uporządkować ten ciągły upływ czasu; stąd potrzeba zaczynania. No więc wybiera się jakiś moment, mniej lub bardziej umowny...
A dzisiaj zaczyna się nowy rok liturgiczny; a „rok liturgiczny” to jest sposób na to, by przeżywać tajemnice życia Chrystusa, tajemnice naszego zbawienia, w sposób „rozdrobniony”, a więc bardziej dla nas dostępny. I żeby, żyjąc w czasie, uczyć się wchodzenia w wieczność.

Magda

A w niektórych miastach średniowiecznych Włoch liczono lata od 25 marca, to znaczy od Wcielenia, które rzeczywiście zmieniło czas, rozdzieliło go na „przed” i „po”.

wtorek, 23 listopada 2010

"Nie mam czasu na modlitwę"

Tak - mniej więcej - zaczynałam moją przygodę z różańcem. Najpierw odmawiałam po jednym dziesiątku dziennie, po dwa, bo na resztę "nie miałam czasu". 

Potem odmawiałam go raz częściej, raz rzadziej, ale nie wyobrażałam sobie, żebym wyszła z domu bez niego (chociaż umiem go odmawiać też na palcach). 

Z biegiem czasu zrozumiałam, jak wiele czasu na modlitwę czy na czytanie można znaleźć w tak zwanym międzyczasie. Wszystko zależy od miłości, motywacji i... dyscypliny (czy jakby ktoś powiedział współczesnym językiem: "dobrej organizacji czasu pracy"). 

Dlatego od lat często dużo modlę się "w drodze", jak święty Dominik: w drodze do szkoły, do kościoła, do sklepu; w tramwaju, na przystanku, na spacerze... 

Ostatnio natknęłam się na piękny tekst na ten temat w "Orędziu Jana Pawła II z okazji XVIII Światowego Dnia Młodzieży"
Nie wstydźcie się odmawiać Różańca sami, kiedy idziecie do szkoły, na uczelnię czy do pracy, na ulicy i w środkach komunikacji publicznej; przyzwyczajajcie się odmawiać go ze sobą, w waszych grupach, ruchach i stowarzyszeniach; nie wahajcie się proponować go w domu waszym rodzicom i rodzeństwu, gdyż on ożywia i umacnia więzy pomiędzy członkami rodziny. Ta modlitwa pomoże wam być mocnymi w wierze, stałymi w miłości, radosnymi i trwałymi w nadziei. 

I bardzo mnie cieszy, że są ludzie młodzi, którzy... może czytali to orędzie i wzięli je sobie do serca. Co rano spotykam w autobusie elegancką panią w moim wieku, która jak inni jedzie do pracy. Jedzie modląc się na grubym, drewnianym różańcu.  
Sabina

poniedziałek, 22 listopada 2010

Dlaczego istniejemy?

Oto wstrząsająca w swojej prostocie odpowiedź św. Augustyna, przytoczona przez św. Tomasza: jesteśmy, bo Bóg jest dobry.

(o ileż to bardziej pocieszające i optymistyczne od kartezjańskiego „myślę, więc jestem”!
Po pierwsze, zajmuje się nie tylko sobą -„jestem”, ale wszystkimi - „jesteśmy”;
po drugie, znajduje podstawę wszystkiego poza sobą, a nie w sobie, a przecież wcale nie jest bezpiecznie opierać się na sobie samym;
po trzecie, wystarczyłoby może powiedzieć „jesteśmy, bo Bóg jest” – i to też byłoby prawdziwe, ale nie, jest coś więcej: to dobroć Boga jest ostateczną i pierwszą przyczyną naszego istnienia.

Wydaje się, że obaj odpowiadają na to samo pytanie, tzn. „dlaczego istniejemy”, ale tak nie jest. Św.Tommasz jest pewien, że istniejemy, więc pyta się o tego istnienia ostateczną przyczynę; w dodatku uważa, że obserwując świat, czy też nas samych – którzy jesteśmy cząstką tego świata – możemy coś powiedzieć o Bogu. Natomiast Kartezjusz chce się upewnić co do własnego istnienia, i to mu wystarcza; ale to znaczy, że tak naprawdę nie jest go wcale pewny).

Magda (po dyskusji z Janą)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Św. Katarzyna o krwi Chrystusa

(Krew Chrystusa to jeden z najczęstszych tematów u św. Katarzyny. Po wizycie w Bolsenie wzięłam wydanie „Listów” Katarzyny z indeksem, i poszukałam kilku tekstów na ten temat – Magda)

Piszę, pragnąc zobaczyć, że jesteś obmyta i zanurzona w krwi Chrystusa ukrzyżowanego, w której to krwi znajdziesz ogień Bożej miłości, zasmakujesz w pięknie duszy i w jej wielkiej godności.

A gdybyśmy wątpili, myśląc, że Bóg chce czegoś innego, a nie naszego dobra; mówię, że nie możemy wątpić, jeśli spojrzymy na krew pokornego i niepokalanego Baranka, bo Chrystus ukrzyżowany pokazuje nam, że najwyższy i odwieczny Ojciec kocha nas w sposób nieoszacowany.

Piszę w drogocennej krwi Jezusa Chrystusa, pragnąc widzieć, że jesteś obmyty i zanurzony we krwi Baranka; abyś w ten sposób, jak upojony, pobiegł na pole walki, aby walczyć jako mężny rycerz przeciw demonom, przeciw światu i przeciw własnej kruchości, ze światłem najświętszej wiary i z niewymowną miłością, rozkoszując się zawsze tą bitwą.


Katarzyna ze Sieny

sobota, 13 listopada 2010

Cud eucharystyczny w Bolsenie

Pewien ksiądz (zdarzyło się to w roku 1263) miał wątpliwości co do rzeczywistej obecności Jezusa w postaciach eucharystycznych chleba i wina; w czasie Mszy św., kiedy wypowiedział słowa przeistoczenia, hostia zaczęła krwawić...
Do niedawna tylko tyle wiedziałam o tym zdarzeniu; ale ostatnio pojechałyśmy na wycieczkę do Orwieto i Bolseny, i dowiedziałam się czegoś więcej. Bo to, co działo się przedtem, jest ważne.
Ten ksiądz już znacznie wcześniej przeżywał wątpliwości i to go bardzo męczyło, ale się nie poddawał, nie przyznawał racji własnym wątpliwościom; modlił się, prosząc Boga o pomoc, a potem postanowił w tej intencji odbyć pielgrzymkę do Rzymu, do grobów apostołów Piotra i Pawła.
Pielgrzymkę odbył i już wracał, i wydawało się, że nic się nie zmieniło: wątpliwości jak były, tak były... Po drodze zatrzymał się w Bolsenie, by odprawić Mszę św. – i właśnie wtedy otrzymał znak, który rozproszył wszystkie jego wątpliwości.

Jakie stąd wnioski?
Należy Boga prosić o pomoc, także (zwłaszcza!) w sprawach, które dotyczą relacji z Nim.
Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że to On wybiera czas i miejsce i sposób...

W Bolsenie byłyśmy w krypcie św. Krystyny, gdzie zdarzył się ten cud.
Krew, spływająca z hostii, zostawiła ślady na korporale (który znajduje się w katedrze w Orvieto) i na płycie ołtarza; widziałyśmy fragment tej płyty, z okrągłą, czerwonawą plamą.
To może plama po krwi.
Może po krwi Chrystusa.
Przypomniały mi się słowa św. Katarzyny: pomyśl o krwi Chrystusa, przelanej z tak wielkim ogniem miłości...

Było to niezwykłe przeżycie; ale przecież nie trzeba jechać aż do Bolseny, by móc kontemplować krew Chrystusa: wystarczy uczestniczyć we Mszy św.

Magda

czwartek, 11 listopada 2010

Krew się leje

Kilka lat temu w Rzymie została zorganizowana uliczna demonstracja, której uczestnikami byli członkowie Rodziny Dominikańskiej. To, co dobrze pamiętam z tamtego wydarzenia, to napisy na transparentach: My mamy rodzinę w Iraku.

O co chodziło? O gest solidarności z prześladowanymi w Iraku chrześcijanami. Z dominikankami i dominikanami, którzy tam mieszkają i tam chcą apostołować.

"Prześladowania chrześcijan to nie jest żadna fikcja - piszą członkowie stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie - prześladowania chrześcijan nie należą do odległej historii chrześcijaństwa, prześladowania chrześcijan to współczesna historia na żywo, to tłum bezimiennych, ale współczesnych męczenników".

W Iraku znowu leje się ludzka krew, krew tych, którzy są chrześcijanami i dlatego, że nimi są. Więcej na ten temat można poczytać np. w serwisie watykańskim www.zenit.org (serwis jest dostępny w sześciu językach; najwcześniej ukazuje się chyba wersja włoska), a po polsku np. na stronie wspomnianego stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie.

Nie możemy odpowiadać agresją.
Czy demonstracje uliczne zmienią cokolwiek? Nie sądzę.
Samo "czytanie serwisów informacyjnych" też nie wystarczy.
Jedyna nasza broń to modlitwa. I na tej demonstracji czas na modlitwę był...

Konferencja Episkopatu Polski podjęła w 2008 roku decyzję, aby każda druga niedziela listopada była w Kościele w Polsce Dniem Solidarności z Kościołem Prześladowanym. Organizatorem tego dnia jest stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie. W tym roku będziemy modlili się w sposób szczególny za chrześcijan w Iraku. Prosimy Was o włączenie się do tej akcji.

Wy też macie rodzinę w Iraku.

Nieprawda?

A jesteście chrześcijanami?

Sabina

PS Korzystałam z informacji zamieszczonych na stronach http://www.zenit.org i http://www.pkwp.org/.
Serdecznie polecam systematyczną lekturę obu serwisów.

wtorek, 9 listopada 2010

Proszę o modlitwę...

Dostajemy prośby o modlitwę. Różne i różną drogą. Najwięcej w intencji osób poważnie chorych.

Wszystkie przekazane intencje przyjmujemy.
Wszystkie powierzamy Panu Bogu w naszych wspólnotach, a niektórymi dzielimy się z całym zgromadzeniem. W miarę możliwości odpisujemy nadawcy prosząc o informację zwrotną, bo siostry z innych wspólnot, nawet z Indii czy Pakistanu, pytają np. o zdrowie konkretnych osób.

Jeżeli chcesz prosić nas o modlitwę, to pisz na adres umieszczony na zakładce: Skrzynka modlitewna.

Prosimy o niewrzucanie komentarzy z prośbami o modlitwę do postów na inne tematy. Dziękujemy!

Misjonarki Szkoły

niedziela, 7 listopada 2010

Jeszcze o „Człowieku z marmuru”

To jest oczywiście film o polskiej historii.
Ale nie tylko.

To jest też film o potędze kamery (filmu, a dzisiaj – telewizji): o tym, jak – filmując - tworzy się rzeczywistość; i jak wielkiego wysiłku wymaga dokopanie się do prawdy. Zresztą tu Wajda jest szalenie optymistyczny: bo zakłada, że ta prawda istnieje, i że wymaga wysiłku, ale da się odkryć! W dzisiejszych czasach jakaś „Agnieszka” (chodzi o bohaterkę filmu, a nie o aluzje osobiste do kogokolwiek!|) mogłaby stwierdzić, że właściwie to wszystko jedno, o czym zrobi film, bo prawdy i tak ustalić się nie da...

I jeszcze: losy głównego bohatera Mateusza Birkuta, i ludzi, z którymi był związany, można interpretować też jako opowieść o miłości i przyjaźni, o zdradzie i zapomnieniu, o ukrywaniu i odkrywaniu prawdy...
Na przykład: jego przyjaciel Vittorio, gdy Mateusz znika – owszem, martwi się o niego, szuka go, ale nie na tyle uparcie, by go znaleźć.
Żona Hanka nie chce, by jej przebaczył – bo wydaje się jej, że wtedy na zawsze pozostanie jako ta, która zdradziła. Woli być sama, odbudowuje swoje życie, pewnie jest zadowolona – ale dlaczego bez przerwy się upija, a gdy słyszy imię Mateusza, zaczyna płakać?

I tak dalej...
Magda

piątek, 5 listopada 2010

Tęskne wypatrywanie czarnego na białym

Wzdycham do książek. Lepię się do nich.

Nie zawsze daję radę czytać to, co bym chciała. Albo znaleźć to, co by mnie interesowało lub/i co jest mi potrzebne. Ale, dzięki Bogu, są na tym świecie biblioteki. I wyprzedaże używanych książek!!! I przyjaciele, którzy pożyczają książki i których daje się namówić na czytanie.

W ostatnich dniach ujrzały światło dzienne dwie perełki, ale takie, które mogą zainteresować pewien krąg ludzi.

Pierwsza książka to drugi tom słynnego śpiewnika Niepojęta Trójco.

Nie miałam go jeszcze w ręku, ale już widziałam spis treści.
"Fenomenalne kawałki" o bardzo szerokim zastosowaniu, od chorału aż po współczesne kompozycje, np. o. Dawida Kusza. Cena dosyć..., no mało przystępna. Więc trzeba tu zastosować dobrze rozumianą zasadę: [Drogie, ale] "Raz się żyje".

Druga to polskie tłumaczenie Żywotu świętej Katarzyny ze Sieny napisanego przez jej spowiednika i kierownika duchowego błogosławionego Rajmunda z Kapui. (zobacz)
Nasza Święta jest w Polsce bardzo mało znana, dlatego naprawdę cieszę się, że cały tekst w polskiej wersji językowej wreszcie został wydrukowany. Tomisko jest opasłe, cena odpowiednio wysoka... Ale myślę, że w bibliotekach funkcjonujących w środowiskach dominikańskich nie powinno go zabraknąć. Jego przeczytanie bardzo polecam wszystkim, którzy chcą bliżej poznać osobę i naukę św. Katarzyny.

Sabina