niedziela, 17 lutego 2019

Jak?

„Mamy tak wierzyć w Ojca, jak On chce, aby weń wierzono; i tak wysławiać Syna, jak chce, aby Go sławiono; i tak przyjąć Ducha Świętego, jak On sam chce być przyjmowany.” (Z traktatu św. Hipolita, prezbitera, Przeciw błędom Noeta).

To było czytanie w Godzinie Czytań, jakiś czas temu. I z całego tekstu utkwiło mi w pamięci właśnie to zdanie. A z całego zdania, to sformułowanie: przyjmować jak… a stąd wynikło oczywiste pytanie: „jak?”. Bo skoro mamy Go przyjmować tak, jak chce nam się dać, to oczywiste wydaje się pytanie: no dobrze, to JAK On chce być przyjmowany? Jak Go przyjmować?

Najpierw to pytanie wydawało mi się dziwne: bo przecież przyjęłam Ducha św. w sakramentach chrztu i bierzmowania, proszę Go o pomoc przy podejmowaniu ważnych decyzji i przy rachunku sumienia, staram się być otwarta na inspiracje, często odmawiam Sekwencję do Ducha Świętego – a może to nie to? to nie wszystko? to nie wystarczy? Być może, owszem, przyjmuję, ale nie tak, jak On tego chce?

Oczywiście, to ważne, żeby ten kontakt w ogóle był, ale jeżeli już jest, to przecież można się starać o jego jakość; tak, ale jak?

No i wracam do pytania, które z upływem dni robiło się coraz bardziej natarczywe: ale JAK? Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć; nie wiedziałam nawet, jak szukać odpowiedzi. I może trochę też myślałam, że to nie ma sensu: że to jest jedno z tych moich pytań, którymi zamęczam cały świat, a które nie mają sensu; że nie rozumiem tego, co rozumieją wszyscy i że czepiam się słów…

Więc pozwalałam, żeby to pytanie powracało, ale specjalnie się nim nie zajmowałam. I oto znalazłam odpowiedź, przynajmniej jakąś odpowiedź, przynajmniej dla mnie, na teraz. Ta odpowiedź znajdowała się w książce, którą dostałam do czytania już jakiś czas temu, kiedy byłam chora (więc na pociechę), ale wtedy nie miałam nawet siły czytać, więc tylko obejrzałam okładkę (rozrzucone ziarenka granatu na białym tle) i stwierdziłam, że jest śliczna,  stwierdziłam, że znam autora (Jacques Philippe) i mam do niego zaufanie, stwierdziłam, że podtytuł (Nauka przymowania) mówi już wszystko, ale – odłożyłam.

Otworzyłam dopiero teraz i już w pierwszym rozdziale znalazłam odpowiedź na to moje pytanie. A właściwie, to było jeszcze lepiej: już w pierwszym zdaniu tego rozdziału okazało się, że autor w pełni zgadza się z moim niepokojem: „Najbardziej fundamentalnym pytaniem stawianym w chrześcijańskim życiu jest pytanie o to, w jaki sposób przyjąć łaskę Ducha Świętego”.

Więc jeszcze zanim doszłam do odpowiedzi, zrozumiałam, że moje pytania mają sens. I że mogę wrócić do pytania, bez przejmowania się opinią innych – jak dziecko, które odkrywa świat. Oczywiście, nie powinnam innych tym zamęczać; oczywiście, nie wszystkie moje pytania będą ważne dla wszystkich (tak jak, zresztą, niektóre pytania innych wydają mi się mało znaczące). Ale mogę je mieć. I mogę szukać odpowiedzi.

Najpierw autor zajmuje się problemem przyjmowania, które wcale nie jest takie łatwe, jak by się wydawało. A potem, zastanawiając się nad przyjmowaniem Ducha Świętego, wymienia 8 elementów. Są one – właściwie – znajome, to znaczy, oczywiście, już o nich słyszałam i starałam się praktykować, ale jakoś nie umiałam połączyć ich z tym właśnie pytaniem. Są to: wytrwałość w modlitwie, ufność, pokora, posłuszeństwo, praktykowanie wewnętrznego pokoju, życie chwilą obecną, oderwanie i wdzięczność. O każdym z nich jest trochę napisane; pewnie można napisać więcej czy inaczej, ale to nie ma znaczenia.

Byłam zachwycona, że znalazł się ktoś, kto odpowiada na moje pytanie; wdzięczna Bogu, że w ten sposób pokazuje mi, że moje pytania są ważne i że mogę znaleźć odpowiedzi.

Dobrze, a teraz chyba powinnam ujawnić, o jaką książkę chodzi. To „Gdybyś znała dar Boży. Nauka przyjmowania” Jacquesa Philippe’a (wydana przez wydawnictwo W drodze, w roku 2017).

A potem chciałam o tym napisać po polsku, więc znalazłam ten cytat w polskim brewiarzu i okazało się, że… że najważniejsze słowo zostało inaczej przetłumaczone: „Mamy tak wierzyć w Ojca, jak On chce, aby weń wierzono; i tak wysławiać Syna, jak chce, aby Go sławiono; i tak przyjąć Ducha Świętego, jak On nam chce się dać.” Z tej wersji tekstu wynika pytanie o to, jak Duch Święty chce nam się dać – a więc pytanie dotyczy raczej Jego działania niż naszej odpowiedzi. Która wersja tłumaczenia jest lepsza? Należałoby poszukać tekstu oryginalnego, ale właściwie, dla moich rozważań, to nie jest takie ważne.

Magda

niedziela, 10 lutego 2019

Ciociu, dlaczego nie masz córki?

Jakiś czas temu odwiedziłam starych znajomych. Przy okazji poznałam ich córeczkę, Tosię. Wiek z wyglądu trzy - cztery lata.

Tosia jest bystrą dziewczynką, więc rozmowa szybko schodzi na poważne tematy.
- Ciociu..., a czy ty masz córkę?
- Nie. Nie mam córki.
- A dlaczego nie masz córki?
[Krojąc ciasto intensywnie myślę, co jej powiedzieć. Jaka odpowiedź będzie jednocześnie prawdziwa, krótka i dostosowana do percepcji dziecka?
Już wiem: odpowiem jej tak...]. 
- Bo nie mam męża. :)
- A dlaczego nie masz męża?
[Panie Boże, jak ja mam wytłumaczyć czterolatce, dlaczego nie mam męża? No przecież nie zrobię jej wykładu o życiu konsekrowanym...]
Zaczynam tworzyć jakąś namiastkę odpowiedzi:
- Nie wszyscy zakładają rodziny, mają męża i dzieci. Niektórzy są z Panem Bogiem... Dla Niego...
- A to ty jesteś jak ciocia Klysia! Bo ona nosi coś takiego na głowie i ona się słucha Pana Jezusa!
Zatkało mnie: przecież nie noszę ani habitu, ani welonu, a ta mała rozumie, że jestem jak ciocia Klysia. Ciocia, która jest karmelitanką, nosi habit z welonem i słucha "się" Pana Jezusa... :)
"Słucha Pana Jezusa!" Co za genialna synteza istoty życia konsekrowanego! Tosia wie więcej o istocie życia poświęconego Bogu, niż niejeden dorosły... 

Dziękuję Ci, Boże, za świadectwo wiary tej rodziny, w której nawet małe dziecko łapie sens życia całkowicie poświęconego Tobie. 


Sabina

PS Zdjęcie z Pixabay jest ilustracją. Imiona bohaterów - poza moim ;) - zostały zmienione.

sobota, 2 lutego 2019

O. Lodovico Fanfani OP

Ojciec Fanfani to włoski dominikanin, jest on współzałożycielem naszego zgromadzenia.

Urodził się 24 listopada 1876 roku. Wstąpił do dominikanów w Bibienie, odbył formację w Fiesole i w Rzymie, w klasztorze S. Maria sopra Minerva, gdzie spędził prawie całe swoje życie.

Mimo słabego zdrowia miał wiele pracy: wykładał teologię moralną na „Angelicum”, był proboszczem i przeorem klasztoru, kilka razy został wybrany prowincjałem swojej prowincji.

Jego główne dzieła jako prowincjała to odzyskanie, remont i otwarcie klasztoru w Pistoi i otwarcie misji dominikańskiej w Pendżabie (wtedy Indie, dziś Pakistan).

W roku 1946 został socjuszem generała zakonu, o. Francisca Suareza dla prowincji włoskich. Był też cenionym spowiednikiem, doradcą, kierownikiem duchowym.

W roku 1912 nastąpiło spotkanie, które miało mieć ważne konsekwencje: studentka Gina Tincani przyszła się wyspowiadać... Od tego czasu o. Fanfani miał ważną rolę w jej życiu, a także w życiu naszego zgromadzenia; był w nim obecny do swojej śmierci (25 października 1955 roku).

Cesarina (oprac. ms)

piątek, 1 lutego 2019

Wszechświat

Jakiś czas temu obiecałyśmy, że napiszemy o dwóch książkach; o jednej z nich można przeczytać na naszej stronie.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Strony stale w blogu (linki bezpośrednie)

Od bardzo dawna ten blog ma swoje "części stałe", czyli treści niezmienne. Ale okazało się, że ta część bloga jest niewidoczna dla urządzeń mobilnych.

niedziela, 27 stycznia 2019

Zaprawiać się do wojny

Dla Izraelitów – tak jak dla wielu ludów, w ich czasie i kiedy indziej, w ich okolicy i gdzie indziej – wojna była stałą częścią życia. Wojna, albo przynajmniej jej możliwość, jej groźba.

Ale dla wierzących w jedynego Boga wszystko miało z Nim związek, wszystko się do Niego odnosiło: natura – stworzona przez Boga, dzięki której objawia On swoją chwałę. I historia: zdarzenia z życia poszczególnych ludzi i całego narodu. Więc i wojna była zdarzeniem, które w jakiś sposób objawiało Boga, mówiło o Jego działaniu, o Jego potędze i o Jego miłości.

Kiedy wojna była zwycięska – kiedy Bóg „wrzucił w morze rydwany faraona i jego wojsko” – to oznaczało opiekę Boga, Jego wierność, Jego miłość, Jego siłę i władanie nad historią.

Kiedy przychodziła klęska, był to znak, że lud oddalił się od Boga, że utracił kontakt z Nim – i że w ten sposób Bóg wzywa do nawrócenia.

Tak widziano działanie Boga we wszystkim, także w dramatycznych wydarzeniach ludzkiej historii. Ale prorocy patrzą dalej, patrzą poza historię – mówią o czasach mesjańskich, czasach ostatecznych, o czasach, które wykraczają poza znaną nam logikę. I oto jeden z elementów tych czasów: nie będą się zaprawiać do wojny. To coś więcej niż pokój: to pokój, który jest stały i trwały; to bezpieczeństwo, którego nie trzeba bronić, które opiera się na obecności Boga, a nie na nietrwałych sojuszach czy na niepewnej równowadze zbrojeń.

I tak prorok Izajasz obiecuje, że „nie będą się więcej zaprawiać do wojny” (Iz 2,4).

Co to znaczy, dla mnie? to znaczy poza sensem polityczno – militarnym? Chcę żyć w pokoju ze wszystkimi; w pokoju. Ale co to znaczy? oczywiście, brak konfliktów; ale prorok Izajasz mówi o czymś więcej: nie mówi on, że „nie będzie wojny”. Mówi, że „nie będą się zaprawiać do wojny”. Co to znaczy? Pragmatyczni i wojowniczy Rzymianie mówili „si vis pacem, para bellum” – jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny. Ja oczywiście, nie prowadzę wojny i staram się żyć w pokoju – ale. Ale uświadomiłam sobie, że w moim sercu, w moich myślach jest strasznie dużo niepokoju, gniewu – i też przygotowań do tych maleńkich, lokalnych „wojen”. Te wojny są bardzo lokalne, bo toczą się tylko w mojej głowie; ale to nie znaczy, że przestają być wojnam Kiedy cokolwiek się dzieje, kiedy cokolwiek mi się nie podoba – włącza mi się płyta z nagraniem: „bo jak ona tak, to ja jej powiem – bo ona nie powinna – bo przecież ona też tak robi – bo jakbym ja jej powiedziała…” – co to jest? to jeszcze nie jest konflikt, bo to – dzięki Bogu – najczęściej pozostaje wewnątrz mnie. Ale to jest przygotowywanie się do wojny.

Jest to mechanizm ewolucyjnie uzasadniony i pożyteczny: żeby wyciągać wnioski z doświadczeń, żeby przygotowywać się do możliwych trudności. I ten mechanizm znajduje swoje miejsce także w życiu duchowym: bo Maryja „zachowywała i rozważała w sercu” wszystko, co dotyczyło Jezusa. Tak. Ale – po grzechu pierworodnym – stał się nieuporządkowany: stał się niepotrzebnym zaangażowaniem w konflikty tylko możliwe; wyścigiem zbrojeń.I jak każdy wyścig zbrojeń – jest to marnowanie sił i zasobów, i energii. A przecież Bóg powiedział, przez proroka Izajasza „nie będą się zaprawiać do wojny”.

„Nie będą…” – to jest ciekawa forma gramatyczna: to może wyrażać zobowiązanie (bo tak tez były sformułowane przykazania: nie będziesz zabijał), ale to przecież jest też, po prostu, czas przyszły. A więc stwierdzenie tego, jak będzie. A więc obietnica Boga.

Co można zrobić, żeby się spełniła?

Można próbować wyłączyć to „ja narracyjne”, które ciągle gada; ale może lepiej dać mu coś innego do mówienia? na przykład dziękowanie Bogu, za osoby, z którymi się spotykam. Modlitwa za nie. Błogosławienie.

I jeszcze można powtarzać sobie to zdanie z proroka Izajasza, tę obietnicę: więc za każdym razem (a zdarza mi się to kilka razy dziennie, jeśli nie kilkanaście), kiedy zauważam u siebie takie myśli, powtarzam sobie „nie będziesz się zaprawiać do wojny”.

Magda

niedziela, 20 stycznia 2019

Nuncjusz

Kardynał Pietro Parolin (watykański sekretarz stanu) odprawił w sobotę Mszę świętą i udzielił święceń biskupich księdzu Christophowi Zakhii El-Kassis. Ksiądz Christophe jest Libańczykiem, który dotychczas pracował w Sekretariacie Stanu w Watykanie. Urodził się w Libanie w roku 1968; został wyświęcony w roku 1994. Od roku 2000 pracował w służbie dyplomatycznej, w różnych nuncjaturach: w Indonezji, Sudanie, Turcji, a potem w Watykanie. Jego mottem biskupim jest „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”.

Dlaczego o tym piszę? Bo i my brałyśmy udział w tej Mszy świętej: kilkanaście misjonarek szkoły, mieszkających w Rzymie. Dlaczego? Bo ksiądz Christoph jest nowym nuncjuszem w Pakistanie.

To wszystko wyjaśnia, prawda? Pakistanki dowiedziały się, że został mianowany nuncjuszem, znalazły go, przedstawiły się i zaprosiły go do wspólnoty. I rzeczywiście: przyjechał, odprawił Mszę św., a potem bardzo ciekawie opowiadał o swoich doświadczeniach.

W przyszłym miesiącu leci do Pakistanu; proszę, pomódlcie się za niego.

niedziela, 13 stycznia 2019

Foska

Kiedy robiłam porządek w pudełku z przyborami do szycia, znalazłam foskę. Foska to znaczek Oazy, czyli Ruchu Światło – Życie. Nazywa się tak, bo tworzą ją dwa skrzyżowane greckie słowa, oznaczające właśnie „światło” i „życie”: fos i zoe. 

(Czemu była w pudełku z szyciem? Prawdopodobnie dlatego, że wygląda trochę jak guzik. Czemu robiłam w nim porządek? Bo szukałam guzika od bluzki.) 

W każdym razie przypomniałam sobie o Oazie i o wszystkim, co z nią jest związane; o tym, co jej zawdzięczam i o tym, co mogło być lepsze; ale w każdym razie zostawiło we mnie ślad. 

Chodziłam na spotkania oazowe – właściwie już nie pamiętam, nie umiem zrekonstruować myśli, uczuć tej nastolatki z parafii św. Franciszka. Chyba po pierwsze dlatego, że były: u nas na wsi to było jedyne, co można było robić. Ale też, oczywiście, z wiary i z przekonania, to chyba był pierwszy moment, kiedy dotarło do mnie, że wiara jest moja, to znaczy to ja wybieram, że wierzę (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że my możemy wybierać, bo już wcześniej zostaliśmy wybrani; że możemy szukać Boga, bo On nas znalazł) 

Po latach, studiując teologię, uświadomiłam sobie, że to był naprawdę dobry, kompletny program, prowadzący do poznania Boga i do zaangażowania się w wiarę. I nawet jeżeli wtedy tego nie widziałam, to jakoś tam się zaczęło wiele ważnych rzeczy. Też wtedy dowiedziałam się, że mogę czytać Biblię i mówić o niej, i odkrywać w niej słowo Boga dla mnie. 

W wieku lat 16 zostałam animatorką i to wtedy ożywiło we mnie sakrament bierzmowania: oto miałam okazję mówić o wierze; i czułam się odpowiedzialna za tych ludzi, do których mówiłam, młodszych ode mnie o dwa-trzy lata. Nie chciałam tego, nie czułam się na siłach – ale się zgodziłam, bo to było potrzebne. Więc myślę, że zrobiłam dobrze. 

Czasem natykam się na nieprzychylne komentarze o Oazie: „brzydkie, grube dziewczyny w rozciągniętych swetrach, które klaszczą w łapki i śpiewają o miłości do Boga”. To boli – zwłaszcza dlatego, że to nie jest całkowicie fałszywe. Tak, taka byłam. No i co z tego? (A rozciągnięte swetry lubię nadal. I nadal jestem gruba). Trudno ocenić, co wtedy było wiarą, co było uczuciami, co było szukaniem przeżyć, albo sensu, albo Boga… zresztą, czy koniecznie to trzeba rozdzielać? ale to ważna część mnie, za którą jestem wdzięczna. I w końcu także przez to doświadczenie Bóg mnie prowadził do mojego powołania.

Magda

czwartek, 3 stycznia 2019

Nasza siostra Thresa




Dominikańska Misja Medialna (Media Mission) w Indiach została zainspirowana przez św. Jana Pawła II. Bardzo się rozrosła od skromnych początków, kiedy była projektem brata Rogera Godinho. Jej motto to „Ewangelizować wirtualny świat”. Ważnym momentem w jej rozwoju było założenie studia w Orlim (stan Goa). 

Ostatnim projektem jest „Ewangelia dzisiaj”. To krótkie rozważania o Ewangelii z dnia. Dzięki temu osoby, które nie mogą uczestniczyć w codziennej Mszy św. mają okazję rozważania słowa Bożego; a dla młodych dominikanów to okazja, żeby doświadczyć głoszenia kazań.

Dlaczego o tym piszemy, dlaczego na polskim blogu zajmujemy się tym, co robią dominikanie w Indiach? Bo wśród osób, prowadzących rozważania, jest też nasza siostra Thresa. Mówi oczywiście po angielsku; można zobaczyć ją tutaj.

 (na podstawie strony Dominican Friars India oprac. ms)